Organizacja Wydarzeń Kulturalnych

[2013.5] "DOM W AMAZONII. SPOTKANIE Z WOLONTARIUSZKĄ MISYJNĄ" - spotkanie z Sylwią Cieślar (2 sierpnia 2013 r., Muzeum Ustrońskie im. Jana Jarockiego)

Dnia 2 sierpnia 2013 roku na zaproszenie Towarzystwa Miłośników Ustronia gościła w Muzeum Ustrońskim im. Jana Jarockiego Sylwia Cieślar – młoda wolontariuszka misyjna z Ustronia, która przez rok pracowała w amazońskiej dżungli w ramach Salezjańskiego Wikariatu Misyjnego „Młodzi Światu”. „Miałam dopiero 19 lat, kiedy pojechałam do dżungli Ktoś mnie zapytał – jak to? Chcesz zostawić Ustroń, zostawić Dom? Pojechałam i... tam też znalazłam Dom. Chcę opowiedzieć o nim innym ustroniakom. Chcę opowiedzieć o tym, jak wyglądają misje w Amazonii” – napisała w zaproszeniu promującym wydarzenie.
"(...) Tak naprawdę to sama nie wiem, dlaczego tak kocham Południe świata" – wspomina Sylwia w artykule do 16 tomu „Pamiętnika Ustrońskiego”. "Może dlatego, że tyle się czasem mówi o jego potrzebach, a ja się wkurzałam, że jest tak mało ludzi, którzy chcą coś z tym zrobić, więc zamiast marudzić postanowiłam zakasać rękawy i sama się za to wziąć. Oczywiście się przy tym nasłuchałam, że to taka fantazja i na pewno mi przejdzie, ale ja się śmieję, bo mi nie przechodzi. Nie wyobrażam sobie wrócić stąd na fotel przed telewizorem i stać się obojętna, mimo tego, że życie tutaj nie jest proste. Ale już nie ma rady – mogę tylko rozłożyć ręce – bo jak się człowiek zakocha, to – jak się to mówi po naszemu – „po ptokach”. A ja chciałam dotrzeć na Południe, bo w tych ogromnych lasach Amazonii żyją ludzie i żyją też w piaszczystej, arabskiej kulturze, żyją w wielkich górach i w Czarnej Afryce i w trójkątnych Indiach, i tworzą swój świat, który wystaje poza ramy tego „naszego”. Świat, który mnie fascynuje – ludzi o czarnym jak noc spojrzeniu, życiu w pełnym słońcu (moja skóra już się nacierpiała z tego powodu). (...)
Uwielbiam te godziny na łódce. Widzieć to wszystko na żywo jest nie do opisania. Choć tak naprawdę człowiek na drugim końcu świata bardziej, niż nowe otoczenie poznaje samego siebie. Widzi, jak na dłoni – co w nim silne, a co słabe. Może zweryfikować cały swój system wartości. Czy to prawda, że przez te wszystkie lata najważniejszy był dla ciebie Chrystus – mimo, że nie mówiłaś o tym nikomu? Czy to prawda, że umiesz kochać kogoś za nic i żyć dla niego – za nic? (teoretycznie „za nic”, w praktyce porównuję to do trzymania w rękach dwóch jabłek, podarowania komuś jednego i zostania z trzema). Miłość ma w nosie cztery działania arytmetyki. Im więcej jej daję, tym więcej zostaje mi jej w rękach. Jak to pięknie brzmi… Czasem tylko moja własna duma zabrania mi się tym cieszyć. (...) Praca wolontariusza wciąga i nigdy się nie kończy – tu zawsze jest coś do zrobienia. Nasza parafia to kościół w centrum San Lorenzo i 140 wspólnot chrześcijańskich rozsianych nad rzekami Marañon, Pastaza i Morona. Wspólnot, które nie mają swoich kapłanów – mają tylko lokalnych animatorów nabożeństwa Słowa Bożego. 140 wspólnot? To tak jakby na 140 parafii w Polsce przypadało dwóch kapłanów, którzy poza pracą na miejscu pływają je odwiedzać (te blisko San Lorenzo miałam okazję odwiedzić też ja – w jednej nawet pracować przez miesiąc). Najdalej oddalone są o jakiś tydzień drogi na rzece – dotrzeć tam, to cała wyprawa! Niektórzy więc widzą księdza na oczy raz do roku i gromadzą się w szkole lub u kogoś w domu, aby uczestniczyć we mszy św. i przyjąć sakramenty. Zawrót głowy… Tak więc już to chyba jest jasne – tu zawsze jest coś do zrobienia. Przyda się każdy, kto chce oddać komuś kawałek siebie – żeby tylko na świecie było więcej Boga i Jego miłości – czy może być coś ważniejszego (i piękniejszego) niż poświecić temu życie? (...)" [S. Cieślar, Serce w dżungli, „Pamiętnik Ustroński” t. 16, Ustroń 2013, s. 218-223].
Na spotkanie zaproszeni zostali muzycy – Jaime Sanchez z Peru i Mario Morales z Ekwadoru, tworzący zespół Inkas Folks, którzy wykonali kilka tradycyjnych dla tej części świata utworów, a wraz z Sylwią, grającą na gitarze – piosenkę misjonarza. (bk)




cofnij